Miał być glam, blichtr i szyk; savoir-vivre, bon ton i bien-être. Miały być uginające się od karatów diamenty i pąsowy dywan usłany płatkami róż; bardziej Sunset Boulevard niż Promenada Gwiazd w Międzyzdrojach. Miały być trąby jerychońskie na wejście i omdlenia, i niby od niechcenia rozdawane autografy; oczy tłumu wpatrzone niczym w pierwszy odcinek nowego sezonu "Gry o Tron” lub jak w okienko Torrenta z nadzieją, że to uporczywe gapienie przyspieszy transfer, zwiększając tym samym tajemną liczbę peerów i seedów. Miała być międzynarodowa dystrybucja i premiery ot, w Cannes, ot, w Wenecji; jest seans nocny na TTM pomiędzy “Królowymi życia” a “Wstydliwymi chorobami”. Miało być życie z katalogu Werandy Country i Don Perignon pity na pokrytej lamparcią skórą kanapie kalifornijskiego penthouse’u; jest ciepły ruskacz z gwinta przy muzyce Sławomira. Miał być kawior podawany do ust przez lokajów i pozłacany osobiście przez Nusreta stek[i]; jest ciepła wóda bez przepity, kotlet sojowy à la schabowy SANTE, rozmrażane parówki, mokre kilkudniowe chipsy. TOP chipsy.

Tu w wersji początkowej miały być Oscary, high life i życie elit, i tych elit do stonerstwa podświadome ciągoty; skończyło się jednak na podwalinie ze stonerowych skał, dziurawej betonowej wylewce, na której z pustaków i sklejki po kosztach jakoś postawiono ten świat, a potem opatrzono na zawsze tabliczką “uwaga! grozi zawaleniem”. Expectations vs reality w najczystszej – niczym 24-karatowe złoto, którym pokryta jest zwycięska statuetka – postaci. Nic dziwnego, że blask tego oscarowego sztywniaka znudził mnie, nim się na dobre do jego opisywania zabrałam. Bo czyż nie bardziej akuratny w tym wypadku wydaje się być biegun przeciwny, gdzie szumią bujne krzewy Złotych Malin, tak wiecznie niedojrzałych, których karaty można by z łatwością zeskrobać paznokciem? Jak sroka dałam się urzec ich tandetą połyskliwą i tanią, kształtem i fakturą przypominającą bardziej nabrzmiałe plastikiem ananasy z importu niż słodko-kwaśne wspomnienie beztroskich dni letnich. Malinka, Malineczka, koszmar senny scenarzystów, reżyserów, aktoreczek i aktorzyn; magiczna linia demarkacyjna między tym, co w historii kinematografii zostanie na wiek wieków, a całą – rozbudowaną niczym sanktuarium w Licheniu – resztą, która zapisze się w pamięci ROM sfrustrowanego widza jako kilkadziesiąt minut bezpowrotnie straconego czasu. Uhonorowanie porażki statuetką z odzysku, 4,89 dolara sztuka; zimny kubeł wylany na przerośnięte ego (zeszłoroczny casus Aronofsky’ego i jego “mother!”); ranking najsuchszych sucharów, najmniej efektownych efektów specjalnych, dialogów od czapy i koszmarnego aktorstwa. “To niesprawiedliwe!”, “Nie zrozumieli nas!”, “To znowu wina tych paskudnych krytyków!”, a potem pięści zaciśnięte w kieszeni podczas żenującej gali, wymuszony uśmiech, gula w gardle, szczękościsk. Jeśli w ogóle ktoś ma na tyle dystansu do siebie, by się na owej ceremonii stawić. Złota Malina (Razzie) jako nagroda pocieszenia za twórczą impotencję, bo przecież dobrze wiemy, że w gruncie rzeczy to wcale nie o to chodzi, jak co komu wychodzi. Nawet tam, w odległej, mitologizowanej krainie za oceanem.

Being the worst since 1981, bo to właśnie w tym roku Maliny stały się niedumnym, nieszlachetnym i nieprestiżowym rewersem Oscarów. Pomysłodawcą inicjatywy był amerykański publicysta John J. B. Wilson i jego kumpel Mo Murphy. Pierwszą imprezę ten pierwszy zorganizował u siebie w salonie dla grona przyjaciół; idea honorowania obciachu szybko zaskoczyła, a nad kolejną edycją patronat przyjęło już Los Angeles Daily. Czemu akurat malina – spyta zaraz czytelnik – owoc przecież przez konsumentów ceniony, a w pierwszych dniach czerwca wręcz rozchwytywany? Czemu nie złoty ziemniak, złoty jagodzian rambutan, złoty durian (czemu nie złota cebula w końcu?!). Wyjaśnienie tej zagadki jest proste i o dziwo satysfakcjonujące: w angielskim istnieje całkiem wdzięczne (i zarazem dźwięczne) wyrażenie “blowing a raspberry”, oznaczające charakterystyczny odgłos, który całkiem nieźle demonstrują Minionki:

Komentarz, jak słychać, zbędny.

Cofnijmy więc taśmę do 1981 roku: pierwsze wręczenie Złotych Malin, antynagroda wędruje do filmu o losach zespołu Village People – “Can’t stop the Music w reżyserii Nancy Walker. Swoje antylaury na amatorskiej gali zasłużenie zbiera także film “Xanadu”, trafnie już opisany przez Michała Oleszczyka na łamach Filmwebu, w którym rozśpiewana Olivia Newton-John zaprasza na wycieczkę do tytułowego, stonerowego landu: rozbujanej w obłokach ojczyzny koszmarnych abbo-podobnych szlagierów i rażących w oczy neonów, kradzionych pocałunków, wymuszonych uśmiechów i najmodniejszych meloników. “Can’t stop the music” to koszmarek podobnej kategorii; dziś, z perspektywy czasu, nie broni się już prawie zupełnie. Oglądam ten film w święta Bożego Narodzenia i aż mi ość z karpika stanęła w gardle, aż mi się kompot z suszu w wino przemienił (a przynajmniej takie przez moment miałam marzenie) na widok tej feerii fajerwerków i orgii neonów wybuchłych na nowojorskim niebie. Nagle na ekranie do muzyki Village People podrygują dziesiątki, ba, setki niedoszkolonych aktorów; przed oczami raz po raz śmigają rozpędzone wrotki; szeleszczą męskie marynarki w kwiaty, wyszywane pastelowymi cekinami; dyndają tancerzom z głów indiańskie pióropusze. A to wciąż nic! All blue everything, all pink everything, w ogóle everything: bowiem everything to słowo klucz, wyrażające gargantuiczne ambicje reżyserki, tak wielkie, że udało im się przeróść samo Wielkie Jabłko, dla którego hołdem z całą pewnością jest ta rozpędzona, wirująca, taneczna maskarada. Niestety, siły nie zostały tu przeliczone na zamiary – wszystko zdaje się być w tym filmie o kilka milimetrów chybione, suchary rzucane są w próżnię, a dramaturgia znika, nim zdąży się właściwie w ogóle pojawić. Nancy Walker miała pecha (albo tupet) zrobić swój film wtedy, co Bob Fosse “Cały ten zgiełk” – w zestawieniu z tym wyróżnionym w Cannes arcydziełem roku 1979 każdy element choreografii, każda kwestia z posklejanego jakby losowo scenariusza razi tym mocniej przypadkowym kiczem, żałosną, przedwcześnie ujawnioną impotencją. No i nudą. Wadliwość bywa inspirująca, rysa (jak i blizna) potrafi dodać charakteru, szlachetnej dostojności – twórcy jednak tak panicznie bali się owych plam na tkaninie komediowej, sprawdzonej formuły roller disco[i], tak gwałtownie zachłysnęli się wizją wysokobudżetowej epopei o losach kasowej kapeli kojarzonej z hitem “YMCA”, że im się to clue całej historii rozlało bez ładu i składu na ekran niczym wizualno-dźwiękowy kleks. Problemem, jak to bywa, okazał się nadmiar: przede wszystkim ambicji, ale i niedociągnięć, niedopatrzeń, nie-do-tańczeń. Domyślam się, żę na poziomie scenariusza wszystko wydawało się marketingowym pewniakiem, hitem-samograjem automatycznie wypełniającym sale kinowe, jak ta komenda, co nam sama uzupełnia komórki w Excelu: niestety, skazanie dzieła na sukces okazało się być jego przekleństwem. Na pewno każdy choć raz w życiu znalazł się w sytuacji, gdy na jego deserowym talerzyku wylądował za duży kawałek bezowo-lodowo-kremowo-owocowego tortu z sosem na bazie syropu glukozowego i lecytyny sojowej oraz tęczową posypką, którego akurat w danym momencie nie nie wypadało zostawić niedojedzonego[ii]. Tak jest trochę z degustacją “Can’t stop the music”, filmu, który początkowo smakuje, ale szybko męczy, nudzi, mdli. Jest tu jednak kilka smaczków godnych uśmiechu, choćby tylko kącikiem ust: bitwa na bagietki kupione w “piekarni erotycznej” (sic!); niespodziewana szarża emerytki na przechodnia, która okazuje się być całkiem cwanym wyłudzaczem pieniędzy; lazania crunch, czyli lazania, do której kucharce wpadły szkła kontaktowe; w końcu popis tężyzny fizycznej do skocznego rytmu YMCA, przy czym sztuki (złego) nagrywania dźwięku twórcy uczyli się chyba w tej samej szkole, co polscy filmowcy. To nie są zabawne żarty, a wszystkie te żenujące gagi sprawiają, że zaczynamy się desperacko rozglądać w poszukiwaniu wyjścia ratunkowego z e swojego własnego pokoju, w którym zapewne “Can’t stop the music” oglądamy. Jakiś głupi instynkt każe mi jednak wierzyć, że ten na swój sposób szczery – choć naprawdę nieumiejętnie skomponowany – spektakl ma w sobie jakiś, skryty pod grubą warstwą cekinów i pomylonych w tańcu kroków, sens. Mnie on, na przykład, rozczula. Historia pokazuje, że czasem lepiej być charyzmatycznie złym, aczkolwiek w tej szkaradzie i bezguściu konsekwentnym (Tommy Wiseau, Ed Wood, Boska Florence itp.) niż obojętnie mdłym i z wyglądu podobnym zupełnie do nikogo. To zresztą historia, no wiecie. O spełnianiu marzeń. Mimo. Przeciwnościom. Losu. Na taki morał nie mam kontrargumentu.

Film zgarnął 7 Złotych Malin we wszystkich najważniejszych kategoriach i bardzo mnie kusi, by tytuł tej produkcji potraktować metaforycznie. Bo – jak sugerują twórcy – nie można wyłączyć muzyki, skoro ktoś już się napracował i ją popełnił, ją nagrał. Przywilejem słuchacza/widza epoki nowych mediów jest jednak jednostkowa władza nad playerem, więc jeśli kogoś produkcja Nancy Walker zanudzi na śmierć, to dzielą go dwa, trzy kliknięcia od setek innych produkcji podobnie niewartych uwagi. Zarówno te pięknie złe (np. klasyczny “Toksyczny mściciel”) jak i te brzydko, nużąco złe (“Pięćdziesiąt twarzy Graya”,“Zmierzch”) filmopodobne hybrydy tylko czekają w czeluściach internetu na kolejnych gamoni z nadmiarem wolnego czasu. Albo inaczej: “Can’t stop the music” faktycznie nie da się zatrzymać i źle nagrane, ale przecież jakże optymistyczne piosenki Village People będą rozbrzmiewały w którymś z równoległych nam wymiarów już zawsze, na przekór selekcji naturalnej i poczuciu smaku. I uważam, że to na swój sposób piękne: nieudolnie podrygiwać w przestrzeni, płakać nad żałosnym stanem kultury, ale za to nucąc: It's fun to stay at the Y.M.C.A….

3 MIESIĄCE PÓŹNIEJ

          Tegoroczne Złote Maliny rozdane, łzy porażki przelane, podziękowania za niechciane wyróżnienia pewnie już podarte – i choć obśmianych było w tym roku kilku, na czele z “Holmesem i Watsonem”, sympatyczną skądinąd Melissą McCarthy i jednym z ulubionych aktorów Paula Thomasa Andersona – Johnem C. Reillym, to jednak bezsprzecznym zwycięzcą aż w dwóch kategoriach okazał się Donald Trump, który urzekł gremium jurorskie swoją małostkową, źle ucharakteryzowaną i zdecydowanie bardziej śmieszną niż zabawną rolą…. Donalda Trumpa (teoretycznie w filmach dokumentalnych Michaela Moore’a i Dinesha D’Souza, ale my wiemy, jak jest). Decyzję tę, na swój sposób dowcipną, można potraktować jako czytelny manifest pewnych amerykańskich – nie tylko artystycznych – środowisk; w tegorocznej edycji bardzo widoczne jest bowiem przeniesienie punktu ciężkości z nieszkodliwej, dotychczas nieinterwencyjnej krytyki na otwarte politycznie oświadczenie. Trump pewnie nie przejął się zbytnio uznaniem go za najgorszego aktora świata, skoro na codzień zajmuje się także reżyserią (sceny politycznej) i scenografią (stawianiem muru), ale jedno jest pewne: w ciągu ostatnich 40 lat Razzies z kanap prywatnych apartamentowców przeniosło się na salony samego Białego Domu, pod przykrywką humoru stając się wyrazicielem tego, co nie tak znowu ukrycie trapi społeczeństwo.


[i] czyli dyskoteki na wrotkach – popularny gatunek w latach 70., którego fenomen dużo konkretniej ode mnie opisał Michał Oleszczyk tu: https://www.filmweb.pl/fwm/article/Xanadu-130727

[ii] albo – nieco bardziej filmoznawczo – w podbramkowej sytuacji Ewy z “Dziewczyn do wzięcia” Kondratiuka, zmuszonej do zjedzenia podwójnej porcji znienawidzonego kremu. Bardzo polecam tę scenę: https://youtu.be/_YEJuJf-7Bk

 

[i] https://youtu.be/hfvuepNWjNc

Asia Najbor (1992 r.) – urodzona w Zakopanem, studentka V roku dziennikarstwa i filmoznawstwa UJ. Podobno kiedyś studiowała też filologię francuską. Gra na wiolonczeli, czasem pisze. Niezbyt poważnie. Wyróżniona w tegorocznym konkursie krytycznofilmowym Powiększenie.  Gdy gdzieś nie jeździ, mieszka w Krakowie.